22.08.2014

Epilog: Zawsze z Tobą

"Zrozumiałem, by żyć musisz chwytać dzień
Wstań by biec, bo istnieć nie znaczy żyć
Weź się w garść, ten dzień jest twoim dniem
A wierzę, że będzie dla każdego z nas
 piękno w naszych sercach"
LemON - "Nice"


          Zatrzymajmy się na chwilę. Zastanówmy, po co jesteśmy. Dlaczego w ogóle istniejemy? Skąd wzięły się uczucia, gesty, słowa? Rodzimy się zupełnie nieświadomi, co chce nam przynieść świat, nie rozumiemy niczego; dopiero z czasem uczymy się żyć. Popełniamy błędy, ale tylko po to, by móc się podnieść, pozwolić, by wyrosły nam nowe skrzydła i iść dalej. Kochamy, choć też nie zawsze; niekiedy złudne uczucie próbuje nam wmówić, że jest inaczej.
A dlaczego tęsknimy? Przecież mamy wszystko. Niczego nam nie brakuje.
Na pewno część z was pamięta, jak w dzieciństwie radowało się z drewnianych klocków. Były kolorowe, jak dziecięcy uśmiech, który czarował wszystkich dorosłych chcących cofnąć się w czasie. Małe dłonie niepewnie chwytały zabawkę próbując stworzyć coś z niczego. I na samym końcu słychać było tylko donośny śmiech, po którym można było stwierdzić, że wieża została zbudowana.
Jednak wystarczyła tylko sekunda, by dziecięce marzenia obrócić w proch.
I co wtedy? Z nami jest tak samo. Długo planujemy, próbujemy spełniać marzenia, aż nagle wszystkie dotąd zgromadzone nadzieje i wizje zostają zniszczone. Tak, jak ta wieża.
W ciągu życia wypowiadamy miliony słów, które w kilka sekund potrafią wiele naprawić, lub wręcz przeciwnie - niszczą wszystko.
     Ale czasem warto ryzykować.

          Minęły trzy miesiące. Dla każdego były one równie ciężkie, myśl o nadchodzącym wielkimi krokami zakończeniu roku nie polepszał sytuacji. Walcząc o nowo nadchodzący dzień, o sprawiedliwość wszystko skomplikowało się jeszcze bardziej. Nie potrafili przekroczyć bariery strachu, przełamać się i odfrunąć. Byliby wolni, ale najwyraźniej to nie był ten moment. Chcieli udowodnić sobie, że potrafią samodzielnie wybrnąć z opresji i nie uciekać od odpowiedzialności. To pokazałoby tylko, że są zbyt dziecinni, by poradzić sobie w przyszłości.
     Pomagał jej za każdym razem, gdy tylko potrzebowała jego pomocy. Juan doszedł już do siebie, znowu biegał za piłką po boisku (a przynajmniej próbował), ale... to nie oznaczało jeszcze, że rodzice wybaczyli Larze.
Codziennie budziła się z myślą, że wstanie i będzie jak zawsze. Przez ostatnie sześćdziesiąt dwa dni nie poczuła rano zapachu świeżo zmielonej kawy ani wypieczonych dopiero co croissantów. Matkę zastawała w obojętnej co do niej minie, a ojca już dawno nie było. Wyjechał w delegację trzy tygodnie temu; poszczęściło mu się, nie wysłuchiwał przynajmniej naprzemiennych krzyków to Victorii, to Lary.
     Późnym popołudniem spotykali się w kawiarni za rogiem, pijając jak to mieli w zwyczaju gorącą czekoladę, którą za każdym razem stawiał Diego. Tym razem chciała zrobić wyjątek od reguły, wyciągając pospiesznie portfel z kieszeni spodenek.
- Ja zapłacę - wyprzedziła chłopaka wyjmując banknoty. Kelnerka odstawiła tacę na stolik i odeszła zadowolona zostawiając dwójkę przyjaciół samych. Spojrzał na nią spod byka i upił łyk wstrętnie gorącego jeszcze napoju.
- Nie powinnaś - sapnął, odstawiając kubek z powrotem. - Mogłem cię powstrzymać.
- Niczego nie mogłeś, daj już spokój, dobra? - Mruknęła pod nosem. Naburmuszenie spowodowane było półgodzinną wymianą niezbyt przyjemnych zdań ze swoją matką. Wzruszyła ramionami, zamykając powoli powieki. Czuła, jak coraz bardziej są ociężałe i napuchnięte. Aż wreszcie wydostała się spod nich pierwsza łza, taka znikąd, nie wyrażająca żadnych uczuć. Po raz pierwszy widział ją tak... Obojętną? Oschłą? Nie umiał znaleźć odpowiedniego określenia. Niechętnie pozwoliła mu trzymać swoją dłoń, którą do niej wyciągnął. Ścisnął ją mocno i głośno westchnął.
- Dzieje się coś złego, widzę to po tobie. Wiesz, że możesz mi wszystko powiedzieć...
     Wstała od stolika i podziękowała wychodząc nagle z kawiarni. Nie wahał się ani chwili dłużej, wybiegł za nią i dopadł, gdy ta przechodziła przez ulicę. Nie kontrolując swoich czynów wpadła mu w ramiona, nie wybuchła tym razem płaczem. Twardo i przekornie wmawiała sobie, że pozostanie silna.
- On prawdopodobnie będzie potrzebował operacji. Przeze mnie, rozumiesz? I pomyśleć, że byłam tak niedojrzałą siostrą. Po co brałam go na ten cholerny tor? Mógł zostać w domu. Miałabym spokój. Victoria nie może słuchać tłumaczeń, to nie ma przecież znaczenia. Życie jej syna zostało narażone na niebezpieczeństwo, co tam, że próbowałam go ratować. Też sądzisz, że jestem zła? Nie zasługuję na...
Zamilkła. Przywarł swoje usta do niej nie pozwalając się więcej odezwać. Po raz pierwszy od dłuższego czasu poczuła nagłą ulgę i spokój. Diego sprawił, że zegar stanął darując im tą jedną, ostatnią chwilę wytchnienia.
- Lara, bez względu na to, co się stało, nadal jesteś wspaniałą osobą. Nie wątp w to, nigdy - musnął kciukiem rozgrzanego polika, wcale nie z powodu tego, że było chłodno. To on rozgrzał ją w ostateczności.
     Obiecała mu, że nie podda się tak łatwo i sprawi, że rodzice znowu jej zaufają.

        Jak każdego wieczora siadali u niej w ogródku na kocu i wtuleni w siebie wpatrywali się w bezchmurne pomarańczowe niebo, za którego horyzontem miało skryć się słońce. Często płatało im figle i wcale nie było go widać, ale nie przejmowali się jego nieobecnością, ciesząc się sobą nawzajem. Dla niego liczyła się tylko ona, najpiękniejsza Ludmiła. Kochał ją za wszystkie wady, piękno jej duszy i - za to, że ona też go kochała. Nie pamiętał, żeby kiedykolwiek zatracał się tak w czyichś oczach. Byli dla siebie i to im wystarczało.
- A pamiętasz jak...
- Pamiętam - westchnęła triumfalnie podnosząc głowę z jego ramienia. - Pamiętam wszystko związane z tobą. Nie dałeś mi wyboru.
Zaśmiał się.
- No wiem, ja to wszystko robiłem specjalnie, żebyś tylko na mnie spojrzała - mrugnął do niej, odwzajemniła uśmiechem. Z pewnych powodów nie chciała cofać się do przeszłości, ale dla Federico zrobiłaby wszystko. Nie sądziła, że wróg stanie się najbliższy jej sercu; bo w sumie tylko on rozumiał ją najlepiej. Wiedział, kiedy dzieje się źle, by móc wkroczyć i pomóc najlepiej jak umie.
- Ty spryciarzu, a ja myślałam, że mnie nienawidzisz - burknęła pod nosem z udawaną złością. Ten tylko przysunął się do niej i ucałował czule w czoło. Oboje teraz zastanawiali się, dlaczego przez tyle czasu ranili się nawzajem. Nie lepiej było na samym początku założyć rozejm? Hm... chyba jednak lepiej, że stało się inaczej.
     Elsa zawołała ich na kolację. Ludmiła uciekła z koca zostawiając chłopaka samego. Pobiegł za nią, niestety nie udało mu się jej dogonić. Razem znaleźli się dopiero w kuchni przy stole.
- Dzwoniła twoja mama - wyrwała nagle gospodyni. Blondynka przerwała posiłek odkładając kanapkę na talerz. Z niemrawą miną spojrzała na kobietę i przełykając głośno ślinę spytała nerwowo.
- Coś mówiła...?
- Tak.
- A przyjedzie?
Pokręciła przecząco głową. Tak myślała. Nie ma czasu na oglądanie beznadziejnego szkolnego show, w którym występowała jej jedyna córka. Niestety nie pogodziła się jeszcze z tą myślą. Czuła, jakby mamy nie było i nigdy nie pojawiła się w jej życiu. Federico nie wiedział, jak ma jej pomóc w tej sytuacji. Nie ściągnie kobiety do Buenos Aires. A on sam chciałby dowiedzieć się, czy jego ojciec jeszcze żyje i czy pamięta, że ma syna i żonę...

          Żar lał się z nieba. Udało się wyciągnąć go choć na chwilę z domu; Maxi nie mógł patrzeć, jak jego przyjaciel siedzi markotny dniami w domu. Na pół godziny przed spotkaniem jednak zmienił zdanie, rodzice zatrzymali go dłużej na zakupach. Zostawił Federico samego.
A jednak wyszedł. Spacerował parkiem, gdzie według niego była idealna cisza i najlepsze miejsce na upalne popołudnia. Zauważył swoją dziewczynę wraz z jakimś mężczyzną. Pierwszą myślą było to jej tata, jednak po chwili dopiero przypomniał sobie, że wyjechał w delegację. Podszedł bliżej, lecz zbyt blisko. Ujrzeli go.
- Federico... - blondynka niepewnie podeszła do chłopaka ciągnąc za sobą starszego mężczyznę. Zamilkła na chwilę, co wytrąciło go z równowagi. Bał się tego, co usłyszy, gdyż jej ton nie był zbyt rozweselony, a bardziej tajemniczy i cichy. - Poznaj Ronaldo Pasquarelli. Twojego ojca.
     To ten Ron?
     Tato?
     To Ty?
     Powiedz, że tak. Szukaliśmy cię szesnaście lat. Ale wreszcie się odnalazłeś i będziesz z nami. Ze mną i mamą, prawda?
     Jak małe dziecko, które dostało w swoje dłonie ulubioną zabawkę poczuł coś, czego jeszcze nigdy. Mężczyzna objął go tuląc do siebie. Najpierw powoli i delikatnie bojąc się reakcji chłopca. Jednak z kolejnymi chwilami coraz mocniej. Federico poczuł gorące łzy spływające po polikach. Nie wiedział, czy to dzieje się naprawdę, czy to on, ale w duszy miał ogromną nadzieję, że to wszystko stało się prawdą.
- Ron Pasquarelli, narzeczony Emmy Gardias, prawdopodobnie twój ojciec. To ja. Wybacz mi, Federico, że czekałeś na mnie tyle lat. Sam się za to obwiniam. Mój największy błąd w życiu. Czy... czy wy oboje mi wybaczycie?
Zadrżały dłonie, zadrżał cały on. Nie potrafiąc się wysłowić po chwili dopiero dał mu odpowiedź.
- Chyba tak... - zaczął nieśmiale - tato.
Przemógł się. W planach miał jeszcze podziękowanie Ludmile, bo gdyby nie ona prawdopodobnie nigdy nie poznaliby się, a rodzina wciąż byłaby niepełna.
Wrócili oboje do domu. Zaprowadził Rona na piętro, do sypialni, gdzie siedziała jego mama. Ujrzawszy go bez słowa podniosła się z łóżka i niepewnym krokiem podeszła do mężczyzny. Dotknęła jego twarzy; muskała kciukiem każdą drobną część skóry, jakby sprawdzała, czy jest prawdziwy. To była rzeczywistość. Poczuli oboje, jak serce przyspiesza, a oddech staje się nierównomierny. Mijały sekundy, a oni z każdą chwilą zbliżali się do siebie coraz bardziej. Aż wreszcie położyła rękę na jego sercu i spojrzała w jego oczy przepełnione bólem.
- To ty... - wypowiedziała jak zaklęta poprzednie słowa z myśli syna i przytuliła Rona z całych sił. Teraz, gdy rodzina była kompletna, wszystko stało się łatwiejsze.

          Siostry Perdido nigdy nie mogły dojść do porozumienia. Między nimi nigdy nie zagościło słowo kompromis czy chociażby przepraszam wypowiedziane z ust którejkolwiek z nich. Na pieńku miały ze sobą od wielu długich lat, a wszystko zaczęło się z jednego prostego powodu, który wszystkim pewnie jest znany. Natalia zawsze musiała być tą lepszą, a przynajmniej w oczach Leny.
     I pewnego dnia stało się coś, o co nigdy czarnowłosa nie podejrzewałaby siostry. W ostatni dzień szkoły usłyszała najszczersze przeprosiny. Z początku zdumiała się, lecz uwierzyła w te słowa. Nigdy jeszcze Lena nie była tak pokorna. Obie nauczyły się, że razem mogą zdziałać więcej, bo przecież istnieje jakaś siostrzana siła, czy coś tam.
- Wydaje mi się, że powinnaś przeprosić kogoś jeszcze... - przewróciła oczami, a Lena obróciła się. Za nią stał Maxi, który czekał na kilka słów wyjaśnienia. Ze wstydem przyznała mu rację.
- Ciebie też przepraszam. Nie chciałam zniszczyć Natalki, jest mi bardzo głupio, nie powinnam w ogóle ingerować się w wasze sprawy. Gdybym tylko mogła cofnąć czas, na pewno nie popełniłabym tego błędu. Źle mi z tym, okej? - wzruszyła ramionami. - To byłoby na tyle. Życzę powodzenia na występie.
- Czekaj - zatrzymał ją chłopak. - Dziękujemy oboje za szczerość.
Uśmiechnęła się i wyszła. Zostali sami. Naty niepewnie uśmiechnęła się do Maxiego, on zrobił to samo. Chwycił ją za rękę i mocno ścisnął. Nie czuła się już samotna, było dobrze, nawet bardzo. Bo był on, kochający ją najmocniej na świecie, był rozejm między siostrami, był występ kończący rok, było... idealnie.
- Kocham cię, wiesz?
- Ja też ciebie kocham, najmocniej na świecie - mruknęła mu do ucha pozostawiając delikatny ślad ze szminki na poliku chłopaka.

           Ten dzień był jednym z trudniejszych w jej życiu. Musiała podjąć decyzję, czy wybaczyć komuś, kto zrujnował wszystko. Absurdem jest to, że mimo popełnionego błędu wciąż go kochała i nie umiała przestać. Ale przypomniała sobie jego list. Obiecał, że jej nie zostawi. Jak byli mali też tak mówił. Nie widzieli się siedem lat, a jednak dotrzymał słowa. Później też się nią opiekował, był i czuwał. Pamiętała, jak kiedyś palnęła coś o kwiatkach. Przyniósł jej bukiet, a ona powiedziała swojej mamie, że ma narzeczonego. W końcu bukiet zerwanych na łące mleczy zobowiązuje, nie? Zaśmiała się w duchu z całego zdarzenia, które teraz wydawało się bardzo abstrakcyjne. Dzieci jednak mają łatwiej.
- Z czego chichoczesz?
     León. Przyszedł i stał obok niej. W tej chwili zatraciła się zupełnie nie wiedząc, co robić. Nie było już odwrotu, on nie odejdzie, on tak łatwo nie odpuści. Jedynym pocieszeniem było to, że widziała, jak mu na niej zależy.
- Przemyślałam to sobie. Chcę, byśmy zachowywali się jak dorośli i podejmowali decyzje mądrze - powiedziała dyplomatycznie. Cmoknęła głośno pozostawiając go w nieświadomości, czego może się spodziewać.
- Nie rozumiem - wzruszył ramionami zdezorientowany. Violetta nie chciała bawić się w chowanego skrywając swoje uczucia.
- Kocham cię, rozumiesz czy nie?
     Niemalże krzyknęła. Wierzył w te słowa, nawet bardziej, niż powinien. Czekał na nie tyle czasu, aż wreszcie to powiedziała. Jednak pytanie, czy wybaczyła mu największy błąd, jaki popełnił wciąż pozostało bez odpowiedzi. Podszedł bliżej próbując nawiązać z nią kontakt wzrokowy, lecz uciekała. Bała się, że odkryje jej prawdziwe uczucia, a nie chciała wyjść na niepohamowaną rozpłakaną kretynkę. 
- Czy to znaczy, że mi wybaczasz wszystkie złe przewinienia? Błagam, powiedz, że tak.
- To znaczy, że jestem w stanie dać ci drugą szansę, bo nie umiem żyć bez twojej obecności.
     Udało się. Zakończyli wojnę, wygrali oboje. Odzyskali coś, czego brakowało im tyle lat. Siebie i własne wspomnienia. Będąc coraz bliżej siebie, z każdą chwilą rozumieli, że osobno niczego nie osiągną. Razem byli w stanie dotknąć gwiazd i pokazać, że jeśli tylko się chce można spełnić marzenia.
Nie zauważyła, gdy zetknęli się ustami w pierwszym jak dotąd pocałunku. Głuche wołanie o pomoc ustąpiło już wcześniej, jednak dopiero teraz się o tym przekonali. Muskał delikatnie jej wargi błagając w duszy, by nie uciekła. Została. Zarzuciła niepewnie dłonie na szyję Leóna. Przejechał powoli ręką po ramieniu dziewczyny; pozostawiając przyjemny dreszczyk. I kiedy w końcu wybiła godzina szesnasta oderwali się od siebie i spojrzeli w oczy. Tym razem nie błądziły ślepo po pomieszczeniu, tkwiły w marzeniach tej drugiej osoby. Pomyślała, że dobrze zrobiła dając mu szansę. Czasami warto zaryzykować, odważyć się na krok do przodu bez zastanawiania się i bania o konsekwencje. Wszystko kiedyś ułoży się samo, w najodpowiedniejszym momencie życia.
- Kocham cię, tak mocno, tęskniłam przez te wszystkie lata. Wiesz...?

          Przez kolejne dni unikał rodziców. Traktował ich jak widmo, co skutkowało tym samym z ich strony. Nie miał pojęcia, jak źle robi, jednak myślał, że to pomoże mu jakoś powiedzieć im prawdę. Złudne marzenie. Nie dopytywali się, gdzie Marco wymyka się rankiem, a wraca późnym popołudniem, byli zbyt pochłonięci pracą. Mimo to kochał ojca i matkę bardzo mocno, bez znaczenia, czy zajmowali się nim cały czas, czy prawie wcale.
Ale tamtego dnia musiał zmierzyć się z prawdą. Stanąć oko w oko z przeznaczeniem i pokazać, że sam potrafi osiągnąć to, co dla jego rodziców było niemożliwe.
Francesca cały czas wspierała chłopaka. Wiedziała, że sam nie poradzi sobie z problemem, a tylko jej pomoc mogła coś dać. Ufał jej, jak nikomu innemu i to chyba utwierdziło ją tylko w przekonaniu, że Marco jej się spodobał. Dobra, spodobał na początku, teraz naprawdę się zakochała. Wydawało się jej to zbyt absurdalne, ale... czuła coś do niego. Zresztą on do niej też.
- Wszystko jest możliwe, jeśli tylko chcesz. Zobaczysz, wyjdziesz na scenę i pokażesz im, co dla ciebie najbardziej liczy się w życiu, dobrze? - dodała mu trochę otuchy. Chociaż nie wierzył, że cokolwiek to zdziała, oni nie są tacy wyrozumiali. Nigdy chyba nie byli.
- Dziękuję, Fran, ale ojciec nie zrozumie. Ja gram w kosza, nie śpiewam.
- Dzisiaj występujesz. Musisz to zrobić, dla siebie, nie dla nich. To ty jesteś dziś gwiazdą. Muszą zrozumieć... bo jeżeli nie sama z nimi porozmawiam.
- Tylko pogorszysz sprawę. Nie ingeruj się w to, okej? Poradzę sobie sam.
- Jak chcesz.
     Chyba trochę przegiął.
- Przepraszam, Francesco. Jestem zdenerwowany, tylko tyle.
Zerknął zza kurtyny. Właśnie wchodzili do sali zasiadając wygodnie w fotelach. Drugi rząd, siódme i ósme miejsce.
     Show uważane za rozpoczęte.
     Będzie happy end?

          Nie odzywał się przez ostatni tydzień, jakby w ogóle go nie było. Zwątpiła, czy cokolwiek jeszcze dla niego znaczy i czy kiedykolwiek tak było. Kolejny raz została sama. Po śmierci mamy nie było tak samo. Czasami tęskniła bardziej, czasem mniej, ale nadal ją kochała. Wolała być z nią, ale dała sobie szansę; przecież w końcu musi być lepiej. Obiecał jej to, mówił, że nigdy nie opuści, że niedługo zamieszka u niego, a problemy znikną od ręki.
W dniu, jednym z ważniejszych w jej życiu nie przyszedł i nie towarzyszył. Porzucił jak szmacianą lalkę bez uczuć, bo przecież zajmie się nią ktoś inny. Ewentualnie zgnije w samotności. Camila, nie myśl tak, skarciła samą siebie w myślach. I kiedy już chciała odejść poczuła pod dłonią niedużą kartkę papieru kującą delikatnie w palce. Chwyciła ją i otworzyła. Przed oczami miała całą stronę zapisaną pismem Sebastiana, rozpoznała od razu. Bez chwili zastanowienia zaczęła zagłębiać się w tekście.

"Droga Camilo!
Wiem, zawaliłem. Nie odzywałem się. Wyjechaliśmy z ojcem na miesiąc do Chorwacji, tam musimy zająć się barem, który powierzyli nam na okres wakacyjny. Jestem świadomy tego, że możesz nie chcieć utrzymywać ze mną kontaktu. Ale pamiętaj, kocham Cię najmocniej na świecie. Nie rzucam słów na wiatr, dotrzymuję obietnic. Nie zapomniałaś jeszcze?
Kawiarnia jest na razie zamknięta, ale nie martw się o pieniądze, razem z ojcem zostawiliśmy Ci trochę. W kopercie masz całą pensję za miesiąc. I premię również. Może choć trochę Ci wynagrodzę moją nieobecność... A gdy wrócę ta kawiarnia będzie nasza. Zobaczysz, kochanie.
Wybacz, że nie jestem z Tobą na zakończeniu roku. Bardzo chciałem, ale wyszło zupełnie inaczej. 
Źle mi z tym, że nie mogę Cię przytulić, poczuć Twojego zapachu, powiedzieć, że jesteś dla mnie najważniejsza.
Ale potrafimy kochać i marzyć, dlatego wszyscy jesteśmy zwycięzcami. Wygrałaś. Dla mnie jesteś zwycięzcą. 
Nie zapomnę o Tobie.
Ty nie zapomnij o mnie.
Wiecznie kochający Cię
Sebastian"

     Drobne kryształowe łzy powoli spływały po rozgrzanych polikach. Chciała, by był przy niej. 
Poczuła, jak ktoś kładzie dłoń na jej ramieniu. Odwróciła się; nikogo za nią nie było.
Ale wiedziała, że to mama. Czuła to.
- Kocham cię mamo... i ciebie Sebastianie też. Kocham was najmocniej.
     Była pewna, że te słowa trafią do serc odpowiednich osób. 




Nie wyszło.
Przepraszam.
Kompletna masakra.
Co mam powiedzieć? Dziękuję? Żegnajcie? To dla mnie trudniejsze, niż myślicie.
Przez rok i miesiąc byłam z Wami na tym blogu, napisałam dwie historie, obie dokończone, kilka Shotów i... pożegnania nadszedł czas.
Czuję, że to ten moment, kiedy powinnam odsunąć się w cień i dać szansę innym. 
Osiągnęłam dużo. Naprawdę, nie spodziewałam się tego, że kiedykolwiek pisanie będzie moją pasją. Że stanie się rutyną i szybko nie zniknie z mojego życia. Że poznam tyle wspaniałych osób i odnajdę w nich prawdziwych przyjaciół.
Dziękuję wszystkim, bardzo. Kocham Was.
Czuję, że specjalne podziękowania należą się również Wam:
Adzie, bo jesteś ze mną już rok, bo nadal ze mną wytrzymujesz, bo mnie kochasz, a ja Ciebie, bo jesteś moim słońcem, moją przyjaciółką i mocno wierzę w to, że niedługo nasze upragnione spotkanie stanie się rzeczywistością. 
Marcie, bo jest moją Rypką, bo świruje, bo pisze tak pięknie, jest moim mężem, ciotą, idiotą, Bufonem, bo nalega, żebym z nią pojechała na wakacje z dziewczynami, bo po prostu jest i za to Ci dziękuję. Kocham Cię, miśku <3
Wiktorii, bo ona również jest ze mną długo. Między nami ostatnio nie było najlepiej, ale mimo to była przy mnie i wspierała. Tobie również należą się podziękowania, kochanie. 
Martynce, ciołek kolejny, Horhi bogiem, Draco nałogiem, świr mały mój kochany, co mnie cały czas wspierał, co gada jak najęta, ale wcale mnie nie denerwuje, KOCHAM CIĘ :*
Asi, jednej drugiej Germasi, napalonej fanki jego uszu, cioła największego, jakiego tylko znam, dziękuję za te kilka miesięcy, bo tylko prawie trzech, ale już zdążyłam Cię pokochać, kocham nasze rozmowy po dwie godziny i mam nadzieję, że będzie ich więcej.
Kasi, NAJWIĘKSZEMU BUFONOWI, jakiego świat widział, co mnie wiecznie przezywa, ale i tak ją uwielbiam, za nasze rozmowy na skype, bo jesteś taka piękna i żona Diego XD 
Marceli, my się też długo znamy, ponad 9 miesięcy, dziękuję Ci za wszystko, za rady, za pomoc, za to, że ze mną byłaś, dziękuję...
Sarze, bo robi takie wspaniałe szablony, bo kocha tak samo jak ja Kurta i jego piękne paczadełka *o*, Maxa, Sama, Alexa i emanuje dobrocią. Tobie również dziękuję.
Dziękuję również z całego serca dziewczynom z JSM, bo bez Was nie byłoby tu mnie. Dajecie mi siłę, pomagacie i inspirujecie. Kocham Was, taka patologiczna rodzinka z nas, hihi <3
Dziękuję za prawie 137 tysięcy wyświetleń, 122 obserwatorów, 1193 komentarze, 128 postów, za to, że mnie wspieraliście i byliście ze mną. Jestem Wam wdzięczna.
Od teraz jestem tylko na JSM
To chyba tyle, co chciałam powiedzieć...
Gdyby coś mi się przypomniało, edytuję.
Kocham Was.
Scarlett Walker,
Karolina.

19.07.2014

Rok bloga.

Kochani.
Dzisiaj, 19 lipca mija rok, kiedy założyłam tego bloga. Jestem bardzo szczęśliwa, że wytrwałam tyle, i mam nadzieję, że dam radę jeszcze dłużej. Dziękuję za ponad 1170 komentarzy, ponad 130,000 wyświetleń, 114 obserwatorów w chwili obecnej (liczby ciągle rosną, jestem naprawdę zaskoczona...) Chciałabym podziękować każdemu, kto przyczynił się do mojego dalszego rozwijania na tym blogu, bo bez Was nie byłoby tu dziś mnie. Kocham Was bardzo mocno. <3
Jesteście wspaniałymi osobami i cieszę się, że wielu z Was poznałam trochę bliżej.
Kończąc mój krótki post (który zresztą piszę z telefonu na wyjeździe) jeszcze raz wszystkim dziękuję.
Karolina,
Scarlett Walker

6.07.2014

Rozdział 13: Spójrz, zniknij, zapomnij

"Po prostu daj mi powód,
Wystarczy nawet malutki,
Sekunda, to jeszcze nie koniec drogi,
 tylko jej zakręt
Możemy nauczyć się kochać jeszcze raz"
Pink ft. Nate Ruess - " Just Give Me A Reason"



               Co zrobiłaś nie tak?
               
               Nic.

               A więc czego nie zrobiłaś?

               ...

               Odwróciła głowę, tchnąc w swoje życie nowych barw. Miała nadzieję, że fala najgorszego zła przeminęła. Wcale się nie myliła. Teraz miało już być tylko lepiej. Wierzyła w to, że wreszcie nadszedł kres jej smutku, bo dziś nie była już sama. Potrzebowała opieki, swego anioła stróża, który obroni ją i odbije strach niczym kuloodporna tarcza. Wszystkie troski odeszły w niepamięć. A może wcale tak nie było?
      Nie słyszała zbyt wiele o jego ojcu. Przy każdej możliwej okazji unikał tej rozmowy. Starał się zatuszować ślady z przeszłości, szło mu, jak dotąd, nieźle. Zamknął swoje usta na kłódkę i wyrzucił klucz. Nie miał zapasowego. Nie chciał o tym wszystkim wspominać, po raz kolejny uderzyłoby to w niego ze zdwojoną siłą. Tego najbardziej chciał uniknąć, ale czuła, że powinien chociaż cokolwiek kiedyś napomknąć. Nie wszystko da się tak idealnie ukryć, a on na pewno nie był w tym mistrzem. 

     Tato, gdzie jesteś?
     Zapomniałeś już o mnie?
     Tato...

     Odezwij się.

     - Halo, Federico - potrząsnęła jego ramieniem, wybudzając go z transu. - Żyjesz?
- Chyba tak - mruknął pod nosem, obracając się plecami do blondynki. Usłyszała tylko pociągnięcie nosem i głośne westchnienie. Nie wiedziała, co się z nim dzieje. Wczorajszego dnia jeszcze tryskał radością, gdy znowu wróciła do Buenos Aires. Nie mógł nacieszyć się jej obecnością, próbował nadrobić stracone godziny, minuty, sekundy osobno... Pokazał jej wtedy, jakim uczuciem ją obdarza, co tak naprawdę liczy się w jego życiu. Była jego oczkiem w głowie, ogromną nagrodą i najpiękniejszą ze wszystkich dóbr świata. Przy nim nauczyła się kochać i poznała słodki smak życia. Przestała widzieć je w szarych barwach, teraz gościły tylko te najwspanialsze. Przeplatały się czasem z czarnym i białym, lecz nie były one zbyt mocno nasycone, by w jakiś sposób mogły zaszkodzić dziewczynie. Uwielbiała je za to, jakie było i nie chciała go zmieniać. 
- Kochasz mnie? - spytał po wielu minutach błogiej ciszy. Zaskoczona pytaniem położyła się obok niego i oparła głowę o rękę, będąc teraz w pozycji półleżącej. Dopiero wtedy ujrzała jego zaszklone oczy, wyrażające więcej, niż mogłoby się wydawać.
- Dlaczego pytasz?
- Odpowiedz, proszę.
- Oczywiście, że cię kocham.
- Kłamiesz.

     Kłamała?

- Żartowałem. 
- Proszę cię, nie rób tak nigdy więcej.
     Przysunął się bliżej twarzy Ludmiły, by móc dotknąć zaróżowionych polików. Były rozżarzone, tak samo, jak płomień uczucia do niego w jej kruchym sercu. Zmrużył delikatnie oczy, pozwalając łzie spłynąć po jego twarzy. Uchwyciła ten moment w idealny sposób, zapisując go w swej pamięci. Dawno nie widziała go płaczącego. Dla niej była to kiedyś oznaka słabości, ale dziś wie, że wcale tak nie musi być. Niemniej jednak bolał ją ten przykry widok. Chciała mu pomóc za wszelką cenę, byleby tylko wywołać na jego ustach uśmiech. Nagle znalazł się w pozycji pionowej i chwycił ją za rękę. Nie chciała nic mówić, Federico jej nawet nie pozwolił. Przyłożył palec do jej sinych ust i wyszeptał do ucha kilka słów.
- Jesteś najwspanialszą osobą na całej Ziemi, wiesz?
     A potem tylko było już jak w niebie.
     Powoli zetknął się z jej wargami, zrywając przy tym nić niepewności. Z każdą kolejną sekundą byli sobie jeszcze bardziej bliżsi. Wydawało jej się, że to piękny sen, z którego zaraz ktoś ją wybudzi. Ale nie, to się działo naprawdę. Teraz była pewna, że Federico to odpowiednia osoba, która zamieszkała w jej sercu, topiąc jego lód. Nie żałowała żadnej chwili z nim spędzonej, nawet tej najbardziej bolesnej, gdyż czuła, że wszystko ma swój cel. Doświadczyła tego na własnej skórze. Chociaż matka postanowiła polecieć bez niej, miała przy sobie jeszcze jego. Wystarczył, by wiedziała, że nie jest sama i znalazła się osoba, która obdarza ją prawdziwą, bezgraniczną miłością.
- Dziękuję ci, za wszystko - powiedziała nieśmiale, odrywając się po chwili od słodkich ust chłopaka. Zachichotał, widząc jej rumieńce na polikach, po czym zamknął ją w swoich silnych ramionach, starając się jej nie wypuścić.
- To chyba ja powinienem - odezwał się, opierając brodę o czubek głowy blondynki.
- Chyba oszalałeś, kto postanowił podjąć się wyzwaniu i mnie poznać, co? To raczej nie byłam ja - tym razem zaśmiała się już odrobinę głośniej, odrywając się z uścisku Federico. - Zwłaszcza, że mam bardzo trudny charakter, a ty o tym doskonale wiesz.
- A czy to ma jakieś większe znaczenie? Kocham cię za twoje błędy, które popełniasz, za wady, które masz, za to, że się na mnie często złościsz i masz swoje humory. Kocham cię za to, jaka jesteś, rozumiesz? - spytał wpatrując się w jej oczy, które momentalnie zaszły łzami.
- Nie, nadal tego nie rozumiem, ale to nie zmienia faktu, że jesteś dla mnie bardzo ważny - ponownie wtuliła się w niego, składając na poliku gorący pocałunek, który miał zostać przypieczętowany już na wieki.

                Unikali się cały czwartek. Chociaż pragnął rozmowy z Violettą, powstrzymywał się od podejścia do niej. Bał się jej reakcji, tego, co zrobi, bo po raz kolejny mógł się rozczarować. Nie żałował jednak tego, że podarował jej trzynaście róż i list. Feralny poniedziałek miał odejść w zapomnienie. Wydawało mu się, że było po wszystkim, uda mu się z czasem wymazać tamten dzień z pamięci, lecz nie potrafił. To było kolejne wspomnienie z dzieciństwa wiążące się z Violą. Nie umiał tak po prostu spojrzeć w dawne karty losu, zniknąć z tamtego miejsca i o tym zapomnieć. Gdyby tylko udało mu się jakoś przekonać ją, że wciąż jest dla niego najważniejsza...
- Francesca, możemy chwilę porozmawiać? - dopadł Włoszkę po ostatniej lekcji. Przytaknęła mu. Pociągnął ją za rękę, prowadząc do pustej sali muzycznej. Zamknął drzwi tak, by nikt nie mógł ich podsłuchiwać.
- Wiem, o czym chciałbyś pogadać - westchnęła, siadając na obrotowym krześle, na którym zazwyczaj Beto kładzie swoje podręczniki i segregatory. León oparł dłonie o blat niewielkiego biurka i zrobił głęboki wdech.
- Ja naprawdę nie chciałem, by to wszystko się tak potoczyło - tłumaczył. - Violetta wspominała ci coś o mnie może? - spytał ni stąd ni zowąd.
- Niestety tylko same złe rzeczy - powiedziała ze współczuciem. Po chwili jednak wstała z miejsca i położyła dłoń na ramieniu przyjaciela. - No dobra, trochę cię oszukałam. Kazała to tobie przekazać - wyjęła z torebki małą kopertę zaadresowaną do Leóna Verdasa. Wręczyła chłopakowi i podeszła do drzwi, delikatnie je uchylając.
- Nie chcę ci przeszkadzać, przeczytaj to w spokoju. Pogadamy później, dobrze? - posłała mu uśmiech, po czym wyszła z sali.
- Okej - mruknął pod nosem, otwierając kopertę. Nie wiedział, czego się po niej spodziewać, dlatego tym bardziej obawiał się jej zawartości. Przełamał jednak lody i wyjął z niej fioletową kartkę, najbardziej charakterystyczny kolor Violi. W środku znajdowało się również niewielkie zdjęcie wymiarów dziewczęcej dłoni. Przedstawiało ono dwoje rozbrykanych dzieci tulących się do siebie podczas zachodu słońca. Znał ten krajobraz, to było na szczycie jednej z górek w Meksyku. Poznał również te postacie. To oni...

Nie uda mi się o Tobie zapomnieć, tego jestem pewna. Ale wiem też, że tak łatwo Ci nie wybaczę. Wbiłeś mi sztylet w serce, nie zapomniałeś jednak go wyjąć. Rana pozostała i wątpię, czy szybko się zagoi. Jeżeli sobie zapracujesz, to może kiedyś, w przyszłości znów będzie Nas łączyło tyle wspólnych spraw. Wierzę, że uda się nam obojgu osiągnąć ten sam cel.
Violetta

     Odłożył list na biurko. Zamotany wyszedł z sali, zostawiając wszystkie swoje rzeczy, jednak w tamtym momencie zbytnio się tym nie przejmował. Chciał jak najszybciej z kimś się spotkać, by podjąć się wyzwaniu i uratować jeszcze garstkę wspomnień z przeszłości.

               - Violetto - przerwał milczenie, wchodząc do jej pokoju. Zauważył kątem oka róże od niego wstawione w przezroczysty flakon z wodą. Siedziała na dywanie po turecku, bawiąc się swoimi włosami. Miała spuszczony wzrok, by nie móc go oglądać. Nie miała ochoty ani zamiaru tego robić. Usiadł koło niej, starając objąć ją swym ramieniem, jednak bał się, że się przestraszy. Stchórzył. - Możemy porozmawiać? Proszę to dla mnie ważne.
     Chciała przerwać mu wpół zdania, lecz powstrzymała się. Skoro napisała mu, że ma prawo wszystko naprawić, nie mogła teraz tego zabronić.
- Dobra, słucham.
     Zamienili się miejscami, byli teraz naprzeciwko siebie. Ich kolana ledwo się stykały, a ona już miała ochotę stamtąd uciec i więcej się mu nie pokazywać, jednak on chwycił jej rękę i nie miał zamiaru puścić.
- Rozumiesz, że nie umiem bez ciebie żyć? Byłaś moją przyjaciółką przez wiele lat, kochaliśmy się jak rodzeństwo, a teraz? Chcesz to wszystko zaprzepaścić? Nie zwalaj wiecznie na mnie winy, nie tylko ja nie jestem święty - rzekł, urażając lekko tymi słowami Violettę. Oburzyła się, jednak nie dała po sobie tego poznać. - Wiesz, że zrobiłbym dla ciebie wszystko...
     Przysunął się bliżej jej twarzy. Wiedziała, co chciał zrobić. Mogła na to pozwolić? Czuła jego ciepły oddech na swoim poliku, słyszała nierównomierne i szybkie bicie serca. Jego dłonie bardzo drżały. Zamknęła oczy, poddając się. Nie chciała tego...
     - León, wyjdź - nakazała, odsuwając się od niego. - Wyjdź, proszę.
     Nie odezwał się już ani słowem. Z pokorą opuścił dom Castillo, wiedział, że póki co nie uda mu się zmienić nastawienia Violetty do niego. Będzie ciężko, ale nie miał zamiaru polec na początku bitwy. Wszystko dopiero się rozkręca...

               Tego dnia wróciła do domu później, niż zwykle. Wymęczona odsapnęła tylko przy wejściu, zdjęła buty i udała się do kuchni w celu zagotowania sobie wody na herbatę. Od samego początku coś w podświadomości podpowiadało jej, że nie będzie dobrze. Odrzucała jednak tę myśl. Co mogłoby się stać? Podłączyła czajnik do kontaktu, wrzuciła saszetkę zielonej herbaty do kubka i z cierpliwością czekała. Często spoglądała na zegar wiszący na ścianie tuż nad segmentem szafek, w których znajdowały się wszelkie naczynia. Wskazówki tykały cicho i powolnie, nie pomagając w przyspieszeniu czasu. Wybiła godzina. Zalała kubek wodą po brzegi. I właśnie w tym momencie skojarzyła sobie pewne fakty.
- Gdzie jest mama? - spytała niespokojna, opuszczając kuchnię. W salonie było pusto. Błoga cisza wypełniała całe mieszkanie. Obeszła wszystkie pomieszczenia kilka razy, dopóki nie zdała sobie sprawy, że kobiety nie ma. Poczuła, że ma kolana jak z waty. Momentalnie zaczęło kręcić jej się w głowie, aż wreszcie upadła bezwiednie na podłogę, nie otwierając już oczu.
               Obudził ją głośny wrzask nad uchem. Ociężale podniosła swe powieki, dając sobie chwilę na rozszerzenie źrenic. Powoli podniosła się do pozycji siedzącej, rozmasowując obolałą głowę.
- Boże, Camila, masz szczęście - wyszeptał Sebastian, tuląc dziewczynę. Zrobił to trochę za mocno, bo ruda tylko odepchnęła jego, jednak z delikatnym uśmiechem na ustach.
- Gdzie mama... - wymamrotała chwilę po przebudzeniu.
- Spokojnie, twoja mama... - zawiesił głos. Chciał to przekazać w jak najdelikatniejszy sposób, jednak i ta wiadomość była najokrutniejszą, jaką mógł kiedykolwiek wypowiedzieć. Te słowa wybrzmiewały w jego głowie jak jakieś fatum, nie pozwalając dopuszczać do siebie tej myśli. - Nie żyje.
     Została sierotą.
     Zemdlała po raz drugi.
     Stanął zegar, a wraz z nim czas. Gdyby ktoś umiał przestawić wskazówki do tyłu, kto wie, jakby wszystko się potoczyło. Wydawało jej się, że to jakiś żart. Ona sama była jedną wielką pomyłką i wolałaby już się nie urodzić, niźli teraz cierpieć po stracie najbliższej jej osoby, która pokładała w niej nadzieję i liczyła na lepsze jutro. Tylko dzięki Camili mogła postawić się na nogi, to również działało w drugą stronę. A teraz co? Sama się nie podniesie. Upadła zbyt nisko, by teraz od nowa zacząć budować swoją przyszłość.
     A on martwił się o Camilę. Poświęcił jej swój czas do końca dnia, by mogła dojść do siebie, lecz nie potrafiła. Marny los. Mieli zaledwie tylko po osiemnaście lat, nawet jeszcze nie skończonych, jednak już w tym momencie wiedział, że jest odpowiedzialny za dziewczynę. Chciał podjąć się wyzwaniu i wkroczyć w dorosłość, tak jak ona, trochę wcześniej, niż zazwyczaj się to robi. Gdy tylko otrząsnęła się po tragicznej wiadomości, zalana łzami skuliła się w rogu kanapy, kryjąc swą opuchniętą twarz w ramionach.
- Wiem, że to dla ciebie trudne, ale chcę ci pomóc - ujął jej kruchą dłoń, ściskając mocno. Spojrzał w czerwone, błyszczące oczy. Tak ciężko było mu na nie teraz patrzeć. Cierpiał tak bardzo, jak ona.
- Zrobisz coś dla mnie? - odezwała się wreszcie po wielu godzinach milczenia. Sebastian przysunął się bliżej niej i oparł głowę na jej ramieniu.
- Tak?
- Przytul mnie. I nie znikaj tak samo, jak moja mama.
- Obiecuję, że nigdy już nie zniknę. Zawsze będę przy tobie.
     Zamknął ją w swoich ramionach, by tkwić tak razem aż po kres ich dni.

               Usunął jej numer z telefonu. Dręczyła go połączeniami od kilku dobrych dni, a on nie miał zamiaru psuć sobie humoru, gdy wreszcie był szczęśliwy. Oboje zrozumieli, że potrzebują siebie nawzajem. Rany powoli się goiły, lecz on wcale nie zwracał na nie uwagi. Chciał teraz skupić się na tym, by razem z Hiszpanką czuć się swobodnie i pokazać, że obojgu zależy na tym związku.
     Spojrzał na jej zdjęcie leżące na komodzie. Raczyła go pięknym uśmiechem dwadzieścia cztery godziny na dobę. Czule tuliła do siebie Maxiego, który również wydawał się szczęśliwy. Na pozór zwykła dwójka ludzi o odmiennych charakterach i osobowościach, jednak razem stanowi jedność. Byli jak ogień i woda. Deszcz i słońce. Dobro i zło. Niezniszczalni i niepokonani. Kolejna fotografia przedstawiała ich oboje w momencie, gdy stykali się czołami. Dobrze pamiętał ten moment. Jej oczy wydawały się błyszczeć mocniej i jaśniej, niż miliony gwiazd na niebie. Wciąż nie przestawała się uśmiechać. Trzymała go za dłonie, zaplatając je swoimi palcami. Argentyńczyk był wpatrzony w nią jak w obrazek. Nie widział niczego innego, poza jej nieskazitelnie piękną urodą i wspaniałym charakterem. Jeszcze kilka miesięcy wcześniej byli dla siebie obojętnymi osobami. Od tamtej pory wiele się zmieniło. Odrzucił jej wszystkie wady, tak samo, jak ona jego. Stali się dla siebie najważniejsi.
- W co tak zaciekle patrzysz? - doszedł go kobiecy głos. Obrócił głowę w stronę drzwi, widząc sylwetkę Leny. Stała oparta o framugę drzwi, uśmiechając się szeroko. Wyjęła dłonie z kieszeni spodni i podeszła bliżej chłopaka.
- Czego tutaj szukasz? Nie zapraszałem cię - warknął nieprzyjaźnie. Ona jednak nic sobie z tego nie zrobiła i usiadła blisko Maxiego. - Możesz wyjść?
- Związek - urwała wpół zdania. - to tylko zbędny balast. Nie angażuj się w te gierki z Natalią.
- Co ty możesz wiedzieć. Wydaje mi się, że Naty niezbyt lubi tobie o wszystkim opowiadać. Zresztą wcale się nie dziwię.
- Żeby nie było, ostrzegałam cię - zrobiła głęboki wdech. - Tylko się nie rozczaruj. A bardzo, bardzo możesz.
- Przestaniesz mnie denerwować? Lena, co ty chcesz tym wszystkim osiągnąć? - spytał poddenerwowany, wstając z miejsca, by nie siedzieć obok jego toksycznej koleżanki. - Kocham Naty. Nic tego nie zmieni.
- Wiesz o tym, że wczoraj był u niej Diego? - postanowiła zmienić miejsce i stanęła naprzeciwko niego, kładąc mu rękę na ramię. Nie wiedział, do czego jeszcze zmierza. - Był u niej i wcale nie w przyjacielskich stosunkach. Chyba sam rozumiesz.
- Czy ty próbujesz mi coś wmówić? Nie oszukuj mnie, i tak dowiem się prawdy - zdjął jej rękę i z impetem odrzucił w dół. Zerknął na nią z pogardą. Próbowała do końca wszystko zniszczyć, nie wiedział jeszcze, jaki był tego cel. - Opuść mój dom.
- Nie słyszałaś? Lenko, wyjdź - oboje jak na zawołanie odwrócili głowy w bok. Tuż obok stała Hiszpanka z gniewną miną. Chwyciła siostrę za rękę i wyprowadziła z pokoju swego chłopaka, po czym zamknęła drzwi.
 - Jeszcze cię zniszczę - odburknęła Lena pod nosem na odchodne.
     Zostali sami we dwójkę. Podszedł bliżej do niej, jednak ta nie chciała żadnej bliskości, odsunęła się na bok, opadając na krzesło. Po jej policzku spłynęła drobna łza.
- Dlaczego ona mi to robi? - spytała półgłosem, zamykając oczy. Maxi podszedł do niej, ukląkł i ujął jej dłoń, po czym złożył na niej delikatny pocałunek.
- Przejdziemy przez to razem - rzekł, spoglądając w jej oczy. Cierpiał, kiedy cierpiała ona. Nadal nie mógł pojąć, dlaczego Lena chciała wszystko zniszczyć. - Wierz w to.
- Będę. Dziękuję ci, Maxi. Tylko ty przy mnie jesteś, kiedy naprawdę potrzebuję pomocy - uniosła głowę do góry, zbliżając się powoli do Argentyńczyka. Ciało do ciała. Usta do ust. Znów burza na morzu ustała. 




Zdążyłam? Ktoś jeszcze czyta? Powaliłam po całości. Nawet nie chce mi się sprawdzać błędów. Wiem, że to masakra, zdaję sobie sprawę. Strasznie ciężko i trudno mi się teraz wyszło. Może jednak pisanie to nie dla mnie? Nie wiem. 
Zachciało mi się dziś o 6 rano osierocić Cami. Sorki. xd
Zapraszam do brania udziału w konkursie na JUNTOS SOMOS MAS ONESHOT, zakładka po prawej stronie, cały regulamin i wszelkie informacje. Gdyby były jakieś niejasności, ask blogowy podany (w notce konkursowej). Dziękuję tym, którzy jeszcze są.
Karolina x